Troszkę mi smutno, bo w ostatnich tygodniach bardzo zaniedbałam bieganie. Właściwie, to nie robiłam tego od półmaratonu, w którym startowałam pod koniec października. Po biegu potrzebowałam kilku dni na regenerację, a później zaczęło mnie łapać choróbsko. Aby nie rozłożyć się na dobre przed spotkaniem z Czytelnikami w Sieradzu, poniechałam biegania. Później natomiast dopadło mnie zapalenie oskrzeli. Mimo tygodnia spędzonego bardzo grzeczniutko w łóżku (robiłam wtedy korektę do "Tam, gdzie rodzi się miłość" i kończyłam pisać "Tam, gdzie rodzi się zazdrość") nadal nie jestem w formie.
Nie wiem, kiedy znowu wybiorę się na bieżnię w Wieliczce (bieganie nocami po ulicy jest nierozważne).
Ja chcę biegać!!!
Buu...
Zapraszam Cię w świat moich książek. Proszę: rozsiądź się wygodnie z filiżanką dobrej kawy i ciastkiem. Polecam zwłaszcza cappuccino z cynamonem. Będzie mi miło, jeśli pozostawisz po sobie jakiś ślad w postaci komentarza. Wszystkie teksty na blogu stanowią moją własność intelektualną. Jeśli chcesz coś zacytować, zrób to z linkiem do mojej strony.
O moich powieściach:
- Alter ego 1
- Alter ego 2
- Bańki mydlane
- Cappuccino z cynamonem
- Cienie przeszłości
- Dom lalek
- Grzechy młodości 1
- Grzechy młodości 2
- Grzechy młodości 3
- Grzechy młodości 4
- Grzechy młodości 5
- Jedno życie wystarczy 1
- Jedno życie wystarczy 2
- Lato o smaku miłości
- Miód na serce
- Niepołomice 1
- Niepołomice 2
- Niepołomice 3
- Noc Perseidów
- Nowe czasy 1
- Nowe czasy 2
- Pełnia szczęścia
- Pociąg do życia
- Przenikanie
- Przezroczyste
- Saga Krynicka 1
- Saga Krynicka 2
- Saga krynicka 3
- Saga krynicka 4
- Sandomierskie wzgórza 1
- Sandomierskie wzgórza 2
- Sandomierskie wzgórza 3
- Sandomierskie wzgórza 4
- Sandomierskie wzgórza 5
- Spacer Aleją Róż 1
- Spacer Aleją Róż 2
- Spacer Aleją Róż 3
- Spacer Aleją Róż 4
- Spacer Aleją Róż 5
- Ta sama rzeka
- Tam gdzie rodzi się miłość
- Tam gdzie rodzi się zazdrość
- W cieniu niewoli 1
- Wszystkie kształty uczuć
- Zaginiona melodia
- Zanim odszedł
- Zerwane więzi
- opowiadania
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą endorfiny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą endorfiny. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 20 listopada 2014
wtorek, 28 października 2014
Veni, vidi, vici!
I Cracovia Półmaraton Królewski przeszedł do historii.
Z perspektywy trzeciego dnia po imprezie,mogę śmiało powiedzieć, że bardzo chciałabym wystartować w takiej samej imprezie za rok. Organizatorzy spisali się na medal, aczkolwiek można by się przyczepić ciepłego posiłku, który zaserwowano nam po biegu. Trasa była naprawdę piękna - mimo mgły i wysiłku można było podziwiać Kraków w cudownych, jesiennych barwach. Pogoda dopisała - było wprawdzie chłodno (ok. 3 stopnie na plusie), ale póki człowiek w biegu - zimno nie doskwiera. Zimno nie doskwierało również łabędziom pływającym po Wiśle:
Było ciężko - w końcu to 21 kilometrów i 97 metrów. Dla wytrawnych biegaczy (jak na przykład moje ślubne szczęście), którzy startują w maratonach jest to zapewne bułka z masłem. A ja... cóż... większość czasu spędzam przed komputerem w pracy lub w domu - pracując i pisząc powieści.
Trzy lata temu było nie do pomyślenia, abym przebiegła więcej niż 100 metrów. Ze sportem nie było mi po drodze. Powolutku obrastałam sobie w tłuszczyk, pokpiwając nawet z ludzi, którzy gonią nie wiedzieć w jakim celu. Owszem, marzyło się o ładnej smukłej sylwetce, lecz nic w tym kierunku nie robiłam. Kupowałam coraz większe sukienki, ze smutkiem wspominając czasy, gdy byłam wiotka jak trzcinka i nosiłam rozmiar 36. W końcu przyszedł moment, gdy trzeba było się zmobilizować i coś zmienić w swoim życiu. Proszę, oto efekt:
No, to startujemy, Kochani!
Start z Rynku Głównego. A jeśli wypatrzyliście na zdjęciu kobitkę w czerwonej kurtce i z czerwoną opaską na głowie - to właśnie jestem ja :)
Pozdrowienia dla kibiców, którzy mimo chłodu dzielnie nas dopingowali :)
Dzięki takim grupkom "bębniarzy" biegło się o wiele raźniej.
Początek biegu - trochę ciasno póki co :)
Do mety ok. 17 km - kaaawał drogi.
Tego pana muszę wyprzedzić :)
Kładka Ojca Bernatka - ulubione miejsce organizatorów krakowskich biegów ulicznych :)))
Rynek Główny - stąd startowałam, wróciłam tutaj po 15 km.

Zamek królewski i bulwary we mgle. Biegniemy dalej.
Dwudziesty kilometr. Damy radę, damy radę, damy...
Hura! Widzę metę!
Ostatnie kroki...
Tak, tak! Ta żółta linia oznacza 21 km 97 metrów! Dałam radę! Hura!!!
Wszystkie fotografie pobrałam z galerii Maratonów Polskich: http://www.maratonypolskie.pl/mp_index.php?dzial=6&action=1&code=1
Z perspektywy trzeciego dnia po imprezie,mogę śmiało powiedzieć, że bardzo chciałabym wystartować w takiej samej imprezie za rok. Organizatorzy spisali się na medal, aczkolwiek można by się przyczepić ciepłego posiłku, który zaserwowano nam po biegu. Trasa była naprawdę piękna - mimo mgły i wysiłku można było podziwiać Kraków w cudownych, jesiennych barwach. Pogoda dopisała - było wprawdzie chłodno (ok. 3 stopnie na plusie), ale póki człowiek w biegu - zimno nie doskwiera. Zimno nie doskwierało również łabędziom pływającym po Wiśle:
Było ciężko - w końcu to 21 kilometrów i 97 metrów. Dla wytrawnych biegaczy (jak na przykład moje ślubne szczęście), którzy startują w maratonach jest to zapewne bułka z masłem. A ja... cóż... większość czasu spędzam przed komputerem w pracy lub w domu - pracując i pisząc powieści.
Trzy lata temu było nie do pomyślenia, abym przebiegła więcej niż 100 metrów. Ze sportem nie było mi po drodze. Powolutku obrastałam sobie w tłuszczyk, pokpiwając nawet z ludzi, którzy gonią nie wiedzieć w jakim celu. Owszem, marzyło się o ładnej smukłej sylwetce, lecz nic w tym kierunku nie robiłam. Kupowałam coraz większe sukienki, ze smutkiem wspominając czasy, gdy byłam wiotka jak trzcinka i nosiłam rozmiar 36. W końcu przyszedł moment, gdy trzeba było się zmobilizować i coś zmienić w swoim życiu. Proszę, oto efekt:
Meta 2 godziny 19 minut 44 sekundy
Międzyczasy:
5 km = 30 m 37 s
10 km = 1 h 2m 14 s
15 km = 1 h 35m 35 s
20 km = 2 h 11m 53 s
5 km = 30 m 37 s
10 km = 1 h 2m 14 s
15 km = 1 h 35m 35 s
20 km = 2 h 11m 53 s
Możecie kręcić nosami - Wy, którzy robicie ten dystans w czasie o połowę krótszym, ja jestem z siebie dumna - dałam radę :)
No, to startujemy, Kochani!
Start z Rynku Głównego. A jeśli wypatrzyliście na zdjęciu kobitkę w czerwonej kurtce i z czerwoną opaską na głowie - to właśnie jestem ja :)
Pozdrowienia dla kibiców, którzy mimo chłodu dzielnie nas dopingowali :)
Dzięki takim grupkom "bębniarzy" biegło się o wiele raźniej.
Początek biegu - trochę ciasno póki co :)
Do mety ok. 17 km - kaaawał drogi.
Tego pana muszę wyprzedzić :)
Kładka Ojca Bernatka - ulubione miejsce organizatorów krakowskich biegów ulicznych :)))
Rynek Główny - stąd startowałam, wróciłam tutaj po 15 km.

Zamek królewski i bulwary we mgle. Biegniemy dalej.
Dwudziesty kilometr. Damy radę, damy radę, damy...
Hura! Widzę metę!
Ostatnie kroki...
Tak, tak! Ta żółta linia oznacza 21 km 97 metrów! Dałam radę! Hura!!!
Wszystkie fotografie pobrałam z galerii Maratonów Polskich: http://www.maratonypolskie.pl/mp_index.php?dzial=6&action=1&code=1
niedziela, 5 października 2014
Relaks
W świecie literackim chwilowo zapanowała cisza. Zrobiłam, co było do zrobienia :) Teraz odpoczywam. Wiem, że niebawem znowu trzeba będzie zabrać się do pracy - zaczną się korekty i różne sprawy organizacyjne. Już się cieszę na myśl o tym przyjemnym zawrocie głowy. A na razie relaks.
Biegam sobie - średnio co drugi dzień. Zbliżający się półmaraton zobowiązuje. Staram się wydłużać trasy. Wczoraj "zrobiłam" trzynaście kilometrów po dosyć stromych wzniesieniach. Ciężko było, ale za to jaka satysfakcja! Najgorzej jest pokonać pierwszych pięć kilometrów: wyrównanie oddechu, ustalenie tempa, wyciszenie diabełka w głowie, który kusi, aby sobie odpuścić. Później u ramion wyrastają skrzydła. Jest super. Bardzo przyjemne są chwile, gdy ktoś pomacha ręką albo się uśmiechnie.
Szkoda tylko, że tak mało biegaczy mijam na moich trasach, a przecież to taka przyjemna forma spędzania czasu. Na dodatek, prawie nic nie kosztuje: najważniejsze są wygodne, lekkie buty - i wcale nie muszą być "z górnej półki", dobrze też mieć odpowiednie, termoaktywne ubranie. I naprawdę nie potrzebne jest do tego endomondo i inne, rozpraszające bzdury :)
Biegam sobie - średnio co drugi dzień. Zbliżający się półmaraton zobowiązuje. Staram się wydłużać trasy. Wczoraj "zrobiłam" trzynaście kilometrów po dosyć stromych wzniesieniach. Ciężko było, ale za to jaka satysfakcja! Najgorzej jest pokonać pierwszych pięć kilometrów: wyrównanie oddechu, ustalenie tempa, wyciszenie diabełka w głowie, który kusi, aby sobie odpuścić. Później u ramion wyrastają skrzydła. Jest super. Bardzo przyjemne są chwile, gdy ktoś pomacha ręką albo się uśmiechnie.
Szkoda tylko, że tak mało biegaczy mijam na moich trasach, a przecież to taka przyjemna forma spędzania czasu. Na dodatek, prawie nic nie kosztuje: najważniejsze są wygodne, lekkie buty - i wcale nie muszą być "z górnej półki", dobrze też mieć odpowiednie, termoaktywne ubranie. I naprawdę nie potrzebne jest do tego endomondo i inne, rozpraszające bzdury :)
piątek, 3 października 2014
Z rozpędu...
Uff... Ogarnęłam najpilniejsze sprawy. Wierzę, że to ostatni raz, gdy byłam w aż takim "niedoczasie". Na szczęście tydzień temu zamknęłam kolejny etap w moim życiu - obroniłam pracę dyplomową! Bardzo nieskromnie pochwalę się, że z wyróżnieniem :)
Teraz nadszedł czas najwyższy, aby zająć się innymi sprawami. Ponieważ życie nie lubi próżni, a ja zawsze muszę mieć jakieś wyzwanie - cel, do którego dążę, postanowiłam zapisać się na półmaraton. Nie byle jaki, gdyż jest to I Cracovia Półmaraton.
Szczegóły:
http://www.zis.krakow.pl/pl/cracovia-maraton/cracovia-polmaraton-krolewski/i-cracovia-polmaraton-26-pazdziernika-2014-roku/
Będzie mi bardzo miło, jeśli ktoś potrzyma za mnie kciuki.
Wprawdzie wiem, że nie osiągnę jakiegoś powalającego wyniku (ucieszy mnie nawet 2 i 1/2 godziny), ale sam udział się liczy. Mam też dzięki temu motywację, aby moją standardową trasę koło klasztoru w Staniątkach (7,5 km) zamienić na dłuższe odcinki. Wczoraj przebiegłam ok. 10 km i gdyby nie to, że zapadał już zmierzch, a ja nie miałam przy sobie odblasków (poza tymi, które są wszyte w ubrania oraz buty do biegania), zapewne pobiegłabym dalej. Czułam się tak, jakbym miała skrzydła u ramion :) Gnałam przez wioski, słuchając muzyki i rozmyślając o planach na przyszłość - ze szczególnym uwzględnieniem książek.
Uwielbiam biegać - to oczyszcza umysł i pozwala na wyciszenie. Nie potrzebuję do tego żadnych gadżetów typu endomondo, nie mam ciśnienia, aby na bieżąco wrzucać na fejsa sweet-focie z trasy, osiągnięte czasy, zdjęcia moich butów i ciuchów. Biegam, bo lubię - ot, co.
Teraz nadszedł czas najwyższy, aby zająć się innymi sprawami. Ponieważ życie nie lubi próżni, a ja zawsze muszę mieć jakieś wyzwanie - cel, do którego dążę, postanowiłam zapisać się na półmaraton. Nie byle jaki, gdyż jest to I Cracovia Półmaraton.
Szczegóły:
http://www.zis.krakow.pl/pl/cracovia-maraton/cracovia-polmaraton-krolewski/i-cracovia-polmaraton-26-pazdziernika-2014-roku/
Będzie mi bardzo miło, jeśli ktoś potrzyma za mnie kciuki.
Wprawdzie wiem, że nie osiągnę jakiegoś powalającego wyniku (ucieszy mnie nawet 2 i 1/2 godziny), ale sam udział się liczy. Mam też dzięki temu motywację, aby moją standardową trasę koło klasztoru w Staniątkach (7,5 km) zamienić na dłuższe odcinki. Wczoraj przebiegłam ok. 10 km i gdyby nie to, że zapadał już zmierzch, a ja nie miałam przy sobie odblasków (poza tymi, które są wszyte w ubrania oraz buty do biegania), zapewne pobiegłabym dalej. Czułam się tak, jakbym miała skrzydła u ramion :) Gnałam przez wioski, słuchając muzyki i rozmyślając o planach na przyszłość - ze szczególnym uwzględnieniem książek.
Uwielbiam biegać - to oczyszcza umysł i pozwala na wyciszenie. Nie potrzebuję do tego żadnych gadżetów typu endomondo, nie mam ciśnienia, aby na bieżąco wrzucać na fejsa sweet-focie z trasy, osiągnięte czasy, zdjęcia moich butów i ciuchów. Biegam, bo lubię - ot, co.
poniedziałek, 9 czerwca 2014
Ciepło :)
Ostatnimi czasy wciąż piekły mnie oczy - zupełnie, jakby ktoś sypnął w
nie garścią piasku. Momentami żałowałam, że w biurze nie wypada
siedzieć w okularach przeciwsłonecznych, gdyż blask słońca
przedzierający się zza chmur był nie do wytrzymania. Paradoksalnie
dzisiaj, przy pięknej pogodzie objawy alergii ustąpiły.
Korzystając z faktu, że alergia nie dawała mi się dzisiaj we znaki, mimo upału, ruszyłam dzisiaj na moją ulubioną trasę.
Lubię biegać, gdy świeci słońce i jest ciepło. Zdecydowanie jestem stworzeniem ciepłolubnym :)))
Obyło się bez szaleństw - z zamierzonych 7,5 km przebiegłam uczciwie tylko 5, resztę przeszłam, sącząc wodę. Nie ma sensu nadmiernie się forsować. Jutro pójdę pobiegać wieczorem - nie wcześniej niż o 20,00. Niezależnie od tego, czy zdecyduję się biec w maratonie (biec a nie maszerować) muszę biegać więcej - zasiedziałam się ostatnio, ale rozgrzesza mnie chyba ostatnia sesja i "wykańczanie" pracy dyplomowej. Na to wszystko nałożyło się jeszcze wydawanie książki - korekty, radość, ekscytacja i chodzenie z głową w chmurach :)
Ostatnio dużo dzieje się w moim życiu. Mam za sobą bardzo intensywny rok. Jak chyba każdy, marzę już o wakacjach - o złocistym piasku na plaży, szumie fal obmywających brzeg i prawdziwym, niczym niezmąconym wypoczynku.
Korzystając z faktu, że alergia nie dawała mi się dzisiaj we znaki, mimo upału, ruszyłam dzisiaj na moją ulubioną trasę.
Lubię biegać, gdy świeci słońce i jest ciepło. Zdecydowanie jestem stworzeniem ciepłolubnym :)))
Obyło się bez szaleństw - z zamierzonych 7,5 km przebiegłam uczciwie tylko 5, resztę przeszłam, sącząc wodę. Nie ma sensu nadmiernie się forsować. Jutro pójdę pobiegać wieczorem - nie wcześniej niż o 20,00. Niezależnie od tego, czy zdecyduję się biec w maratonie (biec a nie maszerować) muszę biegać więcej - zasiedziałam się ostatnio, ale rozgrzesza mnie chyba ostatnia sesja i "wykańczanie" pracy dyplomowej. Na to wszystko nałożyło się jeszcze wydawanie książki - korekty, radość, ekscytacja i chodzenie z głową w chmurach :)
Ostatnio dużo dzieje się w moim życiu. Mam za sobą bardzo intensywny rok. Jak chyba każdy, marzę już o wakacjach - o złocistym piasku na plaży, szumie fal obmywających brzeg i prawdziwym, niczym niezmąconym wypoczynku.
sobota, 1 marca 2014
Po co czekać?
Mam anielską cierpliwość - cóż święta jestem nawet z nazwiska :)
tylko aureolka nad głową coś marnie świeci, ale po co czekać na coś, co
można mieć już, zaraz, teraz, natychmiast!!!???
Po co czekać do kwietnia, skoro dzień taki ładny i ciepły? Słonko prześwieca zza pierzastych obłoków, kwitną stokrotki i podbiały. Wierzby zakociły się już na dobre, a w moim ogródku wyskoczyły spomiędzy zeszłorocznej ściółki bielusieńkie przebiśniegi. W powietrzu unosi się już subtelny przedsmak wiosny...
Po co więc czekać? Wyciągnęłam z szafy gacie do biegania i inne, stosowne elementy odzienia. Włożyłam buty do biegania. W uszy wetknęłam słuchawki od MP4 i naenergetyzowana Rammstein - pobiegłam :)
Na drugim kilometrze przypomniałam sobie o istnieniu mięśni, o których przez ostatnie trzy miesiące zdążyłam zapomnieć, ale jak już się trochę porozciągałam, to dalej pomknęłam jak na skrzydłach.
Po powrocie do domu wujcio google "powiedział mi", że zrobiłam nieco ponad cztery kilometry. Dumna z siebie i zadowolona z życia, przepełniona po czubki uszu endorfinami - zasiadam teraz do pisania książki.
Po co czekać do kwietnia, skoro dzień taki ładny i ciepły? Słonko prześwieca zza pierzastych obłoków, kwitną stokrotki i podbiały. Wierzby zakociły się już na dobre, a w moim ogródku wyskoczyły spomiędzy zeszłorocznej ściółki bielusieńkie przebiśniegi. W powietrzu unosi się już subtelny przedsmak wiosny...
Po co więc czekać? Wyciągnęłam z szafy gacie do biegania i inne, stosowne elementy odzienia. Włożyłam buty do biegania. W uszy wetknęłam słuchawki od MP4 i naenergetyzowana Rammstein - pobiegłam :)
Na drugim kilometrze przypomniałam sobie o istnieniu mięśni, o których przez ostatnie trzy miesiące zdążyłam zapomnieć, ale jak już się trochę porozciągałam, to dalej pomknęłam jak na skrzydłach.
Po powrocie do domu wujcio google "powiedział mi", że zrobiłam nieco ponad cztery kilometry. Dumna z siebie i zadowolona z życia, przepełniona po czubki uszu endorfinami - zasiadam teraz do pisania książki.
środa, 30 października 2013
Auć!
Nie biegałam półtora tygodnia:
O kurcze, ciężko - pomyślałam na drugim kilometrze.
Jasny gwint - dodałam w duchu, wbiegając na najwyższe wzniesienie w okolicy.
Matko! A na co mi to było? - zastanawiałam się w okolicach czwartego kilometra.
Nie powtórzę o czym pomyślałam, gdy na piątym kilometrze poczułam kolkę, kłucie w lewym boku (???) oraz bóle w łydkach - zdecydowanie były to słowa powszechnie uważane za niecenzuralne.
A jednak nie dałam się złamać podszeptom diablika, który siedział w mojej głowie, szturchał mnie widełkami i mówił:
- Daj sobie spokój, mała! Czy nie lepiej byłoby siedzieć na tyłku przed telewizorem z mrrruczącym Przemysławem na kolanach, podjadając słodycze i zerkając jednym okiem na Facebooka?
Hm... Kosząca perspektywa, ale szturchającym mnie złośliwym diabełkom mówię zdecydowane:
- NIE!!!
I to nic, że zbiegając z ostatniego wzniesienia odkryłam, że istnieją jeszcze takie partie mięśni, o których do wczoraj nie miałam pojęcia - co z tego, że postanowiły aktywować opcję "boli" dwa kilometry przed moim domem - dałam radę: z wywieszonym językiem, pokonując słabość i diabełkowe podszepty.

A już za dwa tygodnie ostatni bieg, na który zgłosiłam się w tym sezonie - Niepodległościowa 11 - Biały Kościół - będę tam z moim mężem oraz... Madzią Kociołek :)

- brak czasu
- lenistwo
- brak czasu
- ekscytacja wydarzeniami ostatnich kilku dni
- brak czasu :)
- lenistwo, itd
O kurcze, ciężko - pomyślałam na drugim kilometrze.
Jasny gwint - dodałam w duchu, wbiegając na najwyższe wzniesienie w okolicy.
Matko! A na co mi to było? - zastanawiałam się w okolicach czwartego kilometra.
Nie powtórzę o czym pomyślałam, gdy na piątym kilometrze poczułam kolkę, kłucie w lewym boku (???) oraz bóle w łydkach - zdecydowanie były to słowa powszechnie uważane za niecenzuralne.
A jednak nie dałam się złamać podszeptom diablika, który siedział w mojej głowie, szturchał mnie widełkami i mówił:
- Daj sobie spokój, mała! Czy nie lepiej byłoby siedzieć na tyłku przed telewizorem z mrrruczącym Przemysławem na kolanach, podjadając słodycze i zerkając jednym okiem na Facebooka?
Hm... Kosząca perspektywa, ale szturchającym mnie złośliwym diabełkom mówię zdecydowane:
- NIE!!!
I to nic, że zbiegając z ostatniego wzniesienia odkryłam, że istnieją jeszcze takie partie mięśni, o których do wczoraj nie miałam pojęcia - co z tego, że postanowiły aktywować opcję "boli" dwa kilometry przed moim domem - dałam radę: z wywieszonym językiem, pokonując słabość i diabełkowe podszepty.

A już za dwa tygodnie ostatni bieg, na który zgłosiłam się w tym sezonie - Niepodległościowa 11 - Biały Kościół - będę tam z moim mężem oraz... Madzią Kociołek :)

poniedziałek, 21 października 2013
Weekend w biegu
Szkoda, że weekendy mijają tak szybko, a wieczór zapada coraz
wcześniej. Odczuwam coraz większą tęsknotę za promieniami głaszczącymi
moje policzki. Strasznie brakuje mi słońca, gdy idę biegać po powrocie z
pracy - zanim ogarnę wszystko - robi się już ciemno. Dlatego, gdy w
końcu udało mi się skorzystać z wolnej soboty, bieganie sprawiło mi
mnóstwo radości. Trzeba było wykorzystać okazję - następna nieprędko się
zdarzy - najbliższy weekend mam zajęty: uczelnia, Targi Książki - będę
więc w biegu :), ale bez przyjemności biegania.
Zignorowałam bolącą łydkę i kłucie, które pojawiło się w boku, gdy wbiegałam na dość strome wzniesienie. Wybrałam sobie trudną trasę - zaprawa przed "Niepodległościową 11". Było ciepło, słonecznie, a na dodatek te zapierające dech w piersi widoki! Świat jest doskonale piękny w słoneczne, październikowe popołudnie. Chciałabym, aby ta pogoda utrzymała się jak najdłużej, najlepiej co najmniej do 11 listopada, czyli do ostatniego w tym sezonie udziału w amatorskim biegu
Zignorowałam bolącą łydkę i kłucie, które pojawiło się w boku, gdy wbiegałam na dość strome wzniesienie. Wybrałam sobie trudną trasę - zaprawa przed "Niepodległościową 11". Było ciepło, słonecznie, a na dodatek te zapierające dech w piersi widoki! Świat jest doskonale piękny w słoneczne, październikowe popołudnie. Chciałabym, aby ta pogoda utrzymała się jak najdłużej, najlepiej co najmniej do 11 listopada, czyli do ostatniego w tym sezonie udziału w amatorskim biegu
wtorek, 2 lipca 2013
W pogoni za żubrem
Pobiegliśmy!!! W niedzielę cała nasza trójka (ja, Duży i Troszkę Mniejszy) + sąsiad (1 sztuka) oddawaliśmy się rekreacji na świeżym powietrzu - bieg "W pogoni za żubrem" - fantastyczna sprawa.
Jak przystało na dumną mamę, najpierw pochwalę się sukcesem Nastoletniego: w swojej kategorii wiekowej był po prostu niepokonany

(źródło: https://www.facebook.com/photo.php?fbid=616840785000988&set=a.616840101667723.1073741845.181413691877035&type=1&theater)
Młody biegł na dystansie 800 m. Już na starcie "ruszył z kopyta" i pozostawił konkurencję daleko z tyłu. Utrzymał przewagę do samego końca - mama i tata pęcznieli z dumy i radości :)))

Później przyszła kolej na nas i nie ukrywam, o ile do tej pory byłam zapaloną biegaczką, tak po tej imprezie ogłaszam wszem i wobec, że to jest totalne uzależnienie.
Biegłam na dystansie 8 km (realna ocena sił, na razie nie stać mnie na więcej) i jak na moje możliwości i krótki staż biegania wynik 48:23 jest dla mnie baaardzo satysfakcjonujący.
Biegło się rewelacyjnie - pogoda wręcz wymarzona - bez upału i bez deszczu, lekkie, rześkie powietrze, cudowny aromat Puszczy Niepołomickiej, gdzieś nad głową świergot ptaków a w uszach słuchawki MP3 i muzyka, która niosła mnie jak na skrzydłach.
Nie ukrywam, że zmęczenie było duże i kiedy zobaczyłam ostatni wskaźnik odległości, miałam w głowie tylko jedną myśl: pokonać ostatni kilometr. Kiedy mijałam kościół i wbiegałam na płytę Rynku byłam ledwo żywa - wydawało mi się, że do tej pory dałam z siebie wszystko. A jednak, widząc korowód kibiców i słysząc ich entuzjastyczny doping, wykrzesałam z siebie resztki sił i pognałam takim sprintem, że czekający przed metą Troszkę Mniejszy nie zdążył ze zrobieniem zdjęcia :)

Na szczęście na linii mety czuwała zacna osóbka z odpowiednim sprzętem, która uwieczniła mój mały prywatny sukcesik.
Ta dam!!!
Śpiąca królewna pokonała linię mety (pani fotoreporterka cyknęła fotkę akurat, gdy na ułamek sekundy zamknęłam powieki).

(Źródło: http://online.datasport.pl/results856/pokaz.php?foto=185)
A oto moje pierwsze trofeum i szczęśliwy numer startowy:

Na koniec dodam jeszcze, że również Duży odniósł sukces i w biegu na 15 km pobił swój życiowy rekord.
Kochane człowieki!!!
Do wcześniejszego apelu, abyście czytali książki dodam jeszcze jeden:
Wyjdźcie z domów, weźcie swoich najbliższych, włóżcie wygodne buty i biegajcie. Naprawdę warto:
- dla zdrowia
- dla przyjemności
- dla satysfakcji
- dla kondycji
- dla endorfin
- dla... - sami wymyślcie powód!!!
Subskrybuj:
Posty (Atom)













